Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIEJSCA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIEJSCA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 maja 2012

MLECZARNIA

http://przewodnik.e-wyjazd.pl/miejsce/klubokawiarnia-mleczarnia-wroclaw,R4VX.html


Co łączy Wrocław i Kraków? 
http://pik.wroclaw.pl/Mleczarnia-Klubokawiarnia-m80.html
Oczywiście oprócz tego, że w jednym z tych miast mieszkamy, a drugie lubimy dużo bardziej i kojarzymy z Nowymi Horyzontami. Klubokawiarnia Mleczarnia! We Wrocławiu na Włodkowica, tuż za kinem Helios, w bardzo ciekawej dzielnicy. A w Krakowie na Kazimierzu, na Meiselsa. Dziwnym wydaje się, że krakowskiej filii jeszcze nie zdążyłam odwiedzić, a we wrocławskiej bywam regularnie, zawsze kiedy odbywa się festiwal Nowe Horyzonty. Niegdyś zwany przez nas po prostu Erą…
Mleczarnia jest urządzona (paradoksalnie również we Wrocławiu) w tzw. stylu krakowskim. Stare meble, dużo świec, dziergane obrusy. Są tam smaczne kanapki, domowe ciasta i duży wybór herbat i – co ważniejsze – również alkoholi. Kochamy Mleczarnię za wspomnienia z festiwalu, ale także za jej atmosferę i za symbol mariażu dwóch „naszych” miast.

poniedziałek, 14 maja 2012

SYCYLIJCZYK W KRAKOWIE


Chyba nie ma w Krakowie miejsca, które by bardziej przywodziło na myśl słoneczną Italię. I to wszystko na Kazimierzu, na ulicy Kupa. Coca. Typowe sycylijskie potrawy. Bar jak żaden inny, a w kuchni Antonio z Katani. Sycylijczyk, który zna kilka słów po polsku i całe mnóstwo włoskich przepisów. I uwielbia karmić swoich klientów!

soletravel.pl

Kiedy będziesz chciał się przenieść na gorąca, włoską plażę... albo kiedy zapragniesz zjeść proste spaghetti z bakłażanem i ricottą, kiedy masz ochotę na ryżowe arancini albo ekstremalnie czarny makaron z tuszem z kałamarnicy – biegnij na Kazimierz. Tam Sycylia na wyciągnięcie ręki, z całym jej ciepłem, słońcem i wspaniałymi smakami. Owoce morza, pomarańcze, czerwone pomidory. Wszystkie włoski smaki w jednym miejscu. Nie znajdziesz tam karty dań – to taka karta mówiona. Codziennie Antonio podaje coś innego, coś co wymyśli, albo na co sam ma akurat ochotę. Jest jak we włoskim domu - prosto, prawdziwie i smacznie!

poniedziałek, 7 maja 2012

PKP POWIŚLE


W budynku stacji kolejowej PKP Powiśle nie kupicie już biletów na pociąg. Ale dostaniecie za to zimne piwo, eko-drinki i dobrą muzykę.

trendz.pl

Historia klubokawiarni PKP Powiśle zaczęła się w 2009 roku. Trzech kolegów: Norbert Redkie, Bartek Kraciuk i Dawid Bednarski zdecydowało się na otworzenie klubu właśnie tam – w budynku dawnej kasy biletowej z początku lat 60-tych, który popadał w coraz większą ruinę. Chłopcy wygrali przetarg i postanowili przywrócić dawny blask jednemu z ciekawszych reliktów modernistycznej architektury w Warszawie. Budynek został odnowiony przez architektów z grupy projektowej Centrala. Problemem był jedynie brak większej ilości dokumentów, które opisywałyby budynek z czasów jego świetności. Architekci mieli tylko dwa zdjęcia z dawniejszych lat, które by pozwoliły wyobrazić sobie, jak było kiedyś.

tokfm.pl
I tak zaledwie 70 metrowy budynek zamienił się w klubokawiarnię. Ideą lokalu jest stworzenie miejsca, gdzie w ciągu dnia była kawiarnia, a w nocy "kiosk z wódką i kulturą". Miejsce jest otwarte dla artystów, którzy chcieliby pokazać swoje prace, a także dla muzyków, chcących grać plenerowe koncerty albo dj-ować podczas wieczornych spotkań.

Powiśle to nowe modne warszawskie miejsce. Przez długi czas było placem budowy, a jedynym interesującym miejscem był Czuły Barbarzyńca. A to czego dokonali właściciele klubokawiarnii PKP Powiśle to ratunek dla dawnej znakomitej polskiej architektury i zarazem sposób na ożywienie warszawskiego Powiśla.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

PACHNIAŁA SASKA KĘPA


http://www.domfunkcjonalny.org/

Tak, każde dziecko wie, że jak był maj, to pachniała Saska Kępa. Oprócz śpiewania Małgośki można jednak w maju robić coś jeszcze ciekawszego. Czyli na przykład wybrać się na Saską Kępę. Do Domu Funkcjonalnego.


http://www.domfunkcjonalny.org/
Z inicjatywy BWA Warszawa w budynku przy ul. Jakubowskiej 16 powstało nowe miejsce kultury. Dom wzniesiony w 1928 roku, był zaprojektowany w stylu funkcjonalizmu przez Czesława Przybylskiego (który kochał modernizm) dla jego przyjaciela – Mieczysława Lubelskiego (który z kolei zajmował się rzeźbą). Kto w tym domu mieszkał później można przeczytać na stronie mu poświęconej.
Dziś możemy tam odwiedzić galerie, kawiarnie i ogród. Nie wiem, czy ogród też już jest dostępny do zwiedzania, bo miejsce to znam tylko z opisów, ale mam nadzieję je odwiedzić przy najbliższej wizycie w stolicy.

Zaś jeśli chodzi o galerie to aktualnie możemy oglądać m.in. wystawy: FOTODESIGN 2 (Miasto). Masa. Maszyna. W galerii Asymetria i "Reprezentacja" Adama Adacha w BWA.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

ULICE KROKODYLI


http://www.dazeddigital.com/projects/secret-history/22338/time--space


Uwielbiam Schulza za te podejrzane dzielnice, zagracone strychy starych kamienic i ulice zapełnione ludźmi przelatującymi jak cienie wśród pachnących sklepów i pustych okien.
http://www.dazeddigital.com/projects/secret-history/22311/-the-old-cinema-on-pitfield-street
Zawsze szukam w miastach takich strasznych i pięknych miejsc. Gdzie nie ma turystów, a tylko niespełnieni artyści, bezdomni kuglarze i podstarzałę prostytutki. Najlepiej jest się zgubić. Czasem boję się tych miejsc, ale też nie zawsze udaje mi się takie miejsca znaleźć. Bo jest to bardzo delikatna kwestia. Na przykład w Krakowie kiedyś na Rynku działała Piwnica pod Baranami i był to magiczny, artystyczny świat, dziś na Rynku jest tylko za wiele ludzi gołębi i kiepskich restauracji. Potem wydawało się, że alternatywnie będzie na Kazimierzu, teraz można tam tylko kupić tandetne figurki Żydów w chałatach. Wreszcie miałam nadzieję, że nową dzielnicą cudów stanie się Podgórze, ale teraz wszystkie rozpadające się kamienice są remontowane, a kładka Bernatka skutecznie zniweczyła granicę między Podgórzem a Kazimierzem. Teraz liczę na to, że chociaż Dębiki nie staną się bardziej modne.

http://www.dazeddigital.com/projects/secret-history/22390/all-you-can-eat--electrowerkz  
Podobnie dzieje się nawet w Nowym Jorku. Bohaterowie wspaniałego serialu Bored to Death zauważają: „Brooklyn is the New Manhattan. And Queens is the New Brooklyn. So what is the New Queens?”
Piszę o tym wszystkim w kontekście tematu majowego Dazed and Confused. W jego internetowym wydaniu przeczytałam o prognozowanej śmierci wschodniego Londynu. Jedźmy więc tam, póki ta dzielnica freaków i dziwaków zupełnie nie zamieniła się w mekkę turystów. A jeśli już to nastąpi szukajmy innych ulic, o których Lech Janerka śpiewa „strzeż się tych miejsc”.
http://www.dazeddigital.com/projects/secret-history/22316/anti-social-nye-20062007--bar-music-hall  
PS. Przed odlotem do Londynu warto przejrzeć stronę Dazed Digital i zapoznać się z tworzoną przez czytelników niepowtarzalną mapą wschodniego Londynu, na której zaznaczają swoje ulubione miejsca. 


poniedziałek, 16 kwietnia 2012

PODRÓŻE KULINARNE


tapas bar w Barcelonie

Podróże są najfajniejsze, jeśli są pretekstem do jedzenia. Próbowania nowych regionalnych potraw, kupowania legandarncyh produktów w miejscu ich powstawania i przesiadywania w małych lokalnych kawiarniach i restauracjach.
kawiarnia w Sintrze
 Z Włoch wracam z hurtowymi ilościami pecorino i delikatnie opakowanym octem z Modeny w walizce i jedną tylko (co za szkoda!) butelką vino Santo. Z Półwyspu Iberyjskiego wracam tanimi liniami z walizką, która może ważyć jedynie 15 kilo, więc wiozę jedynie wspomnienia z tapas barów, pięknych sklepów z czekoladą w Barcelonie, cudownej legendarnej kawiarni w Belem i  urokliwej restauracji w Sintrze. Ze Sztokholmu udało mi się przywieźć jedynie kilka czekolad Marabou, ale tradycją bożonarodzeniową jest już to, że dostaję do koleżanki pierniczki Spekulatius. Jej babcia mieszka bowiem w małym miasteczku w pobliżu Goeteborga, gdzie powietrze zawsze pachnie czekoladą i truskawkami, albo cynamonem, bo znajduje się tam fabryka ciasteczek! Z Niemiec zazwyczaj nie da się przywieźć nic lepszego niż świetnej jakości czekolady i kawy kupowane w supermarkecie, ale ja mam rodzinę w rejonie Mozeli, więc wracam z zapasem rieslinga. Jeśli zaś chodzi o Wielką Brytanię, to udaje mi się korzystać z tego, że chłopak mojej współlokatorki studiuje w Szkocji. Dzięki jego wizytom możemy zajadać się naleśnikami z golden syrupem i dodawać do guacamole cudowne przyprawy z Sailsbury’s.
fragment krajobrazu nad Mozelą, ledwno widać winnice, ale one tam są...

Jednak wakacje są tylko raz w roku, a odwiedziny znajomych też nie zawsze oznaczają zagraniczne prezenty. Dlatego trzeba próbować oragzanizować sobie podróże w mniejszym zakresie. Jeśli mieszka się w Krakowie najlepiej wybrać się do LaPetite France, gdzie można kupić mnóstwo oryginalnych francuskich produktów (sery, sery, sery!!!!!) i zjeść pyszny creme brule albo quiche lorraine. Dobrym miejscem na wycieczkę jest też Coca Typical Sicilian Food na Kazimierzu. Malutki lokal ze świetnym, porstym i niedrogim jedzeniem.
podobnie jak w Chianti- na zdjęciach nie widać, ale jak wiadomo winnic jest tam w bród...
Polecam gorąco takie małe wycieczki, a tym którzy mieszkają w innych miastach radzę poszukać podobnych miejsc. Jeśli natrafimy na coś podobnego we Wrocławiu, Warszawie albo Katowicach na pewno o tym napiszemy!!!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

KRÓLICZE OCZY


źródło: Facebook Króliczych Oczu


 Jest na krakowskim Kazimierzu (ul. Estery 14) takie miejsce, gdzie zawsze wracam z poczuciem, że czuję się tam dobrze i bezpiecznie. Pomimo panującej tam dość psychodelicznej atmosfery. W Króliczych Oczach  - bo to o nich mowa- na ścianach wisi mnóstwo starych zdjęć, a oczy osób sportretowanych są zawsze zmalowane na czerwono, jak u królika. W drzwiach wejściowych zasłona z kolorowych szklanych koralików, stoliki w sali, oczywiście w „stylu krakowskim”, stare, z ciemnego drewna, a przy nich krzesła i fotele zupełnie nie do pary.
źródło: Facebook Króliczych Oczu 
Kiedy w centrum nie sposób znaleźć miejsca w żadnej knajpie, a do pobliskiej Alchemii również zwalają się tłumy na jakiś koncert zawsze warto wstąpić do Króliczych Oczu na jedno piwo (ale lepiej na więcej), a w między czasie wyskoczyć na plac po zapiekankę. Fajnie jest tam też w dzień -wypić na przykład mrożoną czekoladę, zjeść coś słodkiego, a na placu tym razem zamiast zapiekanki nabyć świeże warzywa na obiad. Żyć nie umierać! Czasami Kraków potrafi być znośny.

źródło: Facebook Króliczych Oczu

sobota, 10 marca 2012

MIĘDZY MIEJSCAMI


źródło: Facebook: Karma

 Z moimi ulubionymi miejscami jest jak ze wszystkim, co sobie ulubię. Kiedy, dawno temu, marzyłam, żeby zdobyć okulary takie jak miał Marcello w Osiem i pół, to nigdzie ich nie było, a kilka lat później okazało się, że nazywają się wayfarery, że wszyscy już takie noszą i że to niby jest hipsterskie.

źródło: Facebook: Konfedracka 4
Otóż przez pierwsze lata studiów byłam zmuszona jeść kotlet z piersi z kurczaka w barach szybkiej obsługi lub nosić w torebce kanapki tzw. drugiej świeżości. Na szczęście około dwóch lat temu w centrum, a potem także w innych dzielnicach Krakowa zaczęły powstawać świetne nowe lokale (takie jak Karma, Mostowa ArtCafe, La Petite France, czy Konfederacka4). Można w nich na szybko zjeść coś smacznego, zdrowego i dobrej jakości, czasem nawet organicznie albo wegetariańsko. Niestety, dla mnie, a na szczęście dla właścicieli miejsca te zaczęły się cieszyć ogromną popularnością.


Ze smutkiem wspominam czasy, kiedy, szczęśliwa, że mogę wypić organiczną kawę, siedziałam z koleżanką w Karmie i mogłam z nią spokojnie rozmawiać nie przekrzykując tłumu innych ludzi i będąc spokojną, że nie spotkam tam żadnych znajomych, więc mogę ich spokojnie obgadywać. Dzisiaj w tej samej Karmie nie sposób znaleźć wolnego stolika w okolicach lunchu.  Świadczy to jednak o tym, jak bardzo Kraków potrzebował takich miejsc.



źródło: Facebook: La Petite France


Moja nostalgia nie zmienia jednak mojego niesłabnącego zachwytu tym, że wreszcie można gdzieś wypić Fritz Kolę i zjeść kanapkę z prawdziwą szynką parmeńską. Równie cudowne jest to, że w większości tych miejsc podawane są lokalne polskie piwa, a nie tylko Heineken, a także można w nich znaleźć wybór dobrych win w cenach, które nie przyprawiają o zawał serca. Obsługa zaś to najczęściej młodzi, normalni ludzie, którzy nie uważają cię za persona non grata, jeśli masz na sobie za duży sweter, a nie garnitur (przecież nie jesteś menelem, tylko hipsterem!:)). Czasem zdarzy się też, że sam właściciel zagada do nas łamaną polszczyzną (jak pan Francuz z le Petite France), czy zatroszczy się o to, czy nam smakowało.
Oby tak dalej!





źródło: Facebook: Mostowa ArtCafe