Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KUCHNIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KUCHNIA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 maja 2012

ROSÓŁ ZAWSZE DOMOWY


http://www.gjksiazki.pl/ksiazki,1,21,280,zupy-ponad-100-przepisow-na-smaczne-inspirujace-zupy.html

Wiadomo, że jak się wraca do domu, to chce się zjeść coś dobrego, coś domowe, co najlepiej robi mama, babcia, albo dziadek, albo ktokolwiek, kto na nas w tym domu czeka. Wiadomo też, że dla każdego będzie to coś innego. Dla mnie to latem owocowy crumble. Ale od zawsze i na zawsze najbardziej domowo kojarzy mi się rosół. I chyba nie tylko mi.
I to na rosół proponuję dziś najlepszy przepis, o jakim słyszałam.
Kilka miesięcy temu kupiłam świetną książkę pt. Zupy. Prócz tego, że są w niej świetne zdjęcia i dużo dobrych przepisów, to jest tam też przepis na rosół właśnie. Sekretem smaku wedle tej publikacji jest „pieczenie” zupy. Kurczaka i warzywa zalew się wodą i szlakną białego wina, a następnie wstawia w garnku (byle pozbawionym plastikowych elementów!!!) do piekarnika. Tam wysokiej temperaturze rosół będzie się redukował i stanie się cudownie esencjonalny. Na prawdę – polecam!!!

poniedziałek, 21 maja 2012

BĘDZIESZ WIELKI?

http://www.scottmooreart.com/gallery/milkmanprops.htm


Wszyscy pamiętamy akcję „Pij mleko! Będziesz wielki!”. Była dość przekonująco zorganizowana medialnie. A dla mnie oznaczała jeszcze jeden profit. Matka mojej koleżanki z liceum jest nauczycielką w podstawówce. Oznaczało to, że przynosiła ona (koleżanka, nie jej matka) codziennie do szkoły mleko czekoladowe w małych kartonikach. Bowiem podstawówkach rozdawali dzieciom mleko za darmo, a dzieci nie chciały go pić. Nawet czekoladowego!

O ile mam wątpliwości, co do tego, jak bardzo zdrowe i naturalne jest picie mleka w ogóle, a co dopiero czekoladowego i mam wrażenie, że mogę pod jego wpływem stać się wielka jedynie w talii, to trzeba przyznać, że dzięki tej akcji mleko przestało być kojarzone z napojem dla frajerów, na którym robi się obrzydliwy kożuch, a stało się pożądanym smakołykiem (no może bardziej w naszym liceum, niż w podstawówkach, ale zawsze…).
http://haw-lin.com/10-November-2011
Były podobne akcje za granicą, dzięki którym mleko stało się nawet by tak rzec… sexy(?).
Ale czy nie najważniejsze w tym wszystkim jest to, że mleko stało się dla nas czymś innym niż wmuszana w nas na śniadaniach w przedszkolu paskudna ciecz, a stało się zdrowym składnikiem diety i ingrediencją służącą do przygotowywania pysznych posiłków. Bo chcemy być nie tyle „wielcy”, czyli znani, bogaci i naznaczeni ogromnym sukcesem, ale chcemy żyć zdrowo i przyjemne. Zajadając się deserami takimi jak portugalski leite creme, hiszpańskie leche frita, czy francuskie pływające wyspy (łudząco podobne do polskiej zupy nic, którą wspominała z dzieciństwa moja babcia, pochodząca z poznańskiego).
Pijmy więc zdrowe mleko od szczęśliwych krów i zapomnijmy o koszmarach podstawówki!

poniedziałek, 14 maja 2012

LA CUCINA ITALIANA

Wszyscy jemy po włosku. Na śniadanie frittata, na obiad ravioli, tortellini, gniocchi, spaghetti, penne albo lazagne, nie mówiąc już o pizzy. Na kolację involtini, czy też foccia. A do tego oczywiście włoskie wina. Zaś ze słodyczy nic tylko pana cotta, tiramisu, semifreddo, cantuccini i lody, lody, lody!
Wszyscy to znamy. Ale proponuję czasem zastanowić się nad tym, że nie zawsze najlepsza pizza to ta na telafon, że nie każda restuaracja powinna podawać tiramisu, że pana cotta z torebki to bezsens i że lasagne to najczęściej najgorsze danie w menu restauracji.
Wszyscy kochamy włoską kuchnię, ale dlaczego jej nie cenimy?
Bo jej pop.
Bo ciągle ktoś pisze o jej cudowności. Jak jakieś tam jedzenie, kochanie i modlenie, odnajdywanie siebie w Toskanii, wczasy we dwoje i jedyny taki urok Adriatyku.
A właśnie, że nie!
Nie każdego stać na coroczne wczasy w Italii.
Zasadźmy na balkonie bazylię i tymianek, sami pieczmy pizzę, czytajmy takie książki jak Dwaj łakomi Włosi (cudowna, pięknie wydana i bezpretensjonalna!!!), do tiramisu dodajmy coś od siebie - choćby cytrynę (nie róbmy nic z torebek!!!!!!!!!!!), pijmy wino do obiadu, cieszmy się jedzeniem, kupujmy to co sezonowe i zdrowe, a wtedy będziemy mogli powiedzieć, że jemy po włosku.
Jako post scriptum dwa przepisy:
Panforte, którym zajadałam się w Rzymie.Jest ono moim ulubionym, a chyba mało znanym włoskim deserem.

poniedziałek, 7 maja 2012

ZAMIAST WARSA

F.O.O.D Week Program 2011
http://www.orangefoodweek.com.au/home.php
Ausralijski okręg Orange promuje się podkreślając, że można tam dobrze zjeść. Na folderach widzimy zbiór świeżych zielonych jabłek wyglądających szalenie soczyście i krajobraz poprzecinany liniami winnic.
Na stronie F.O.O.D. Orange można przeczytać o planowanych wydarzeniach związanych z Orange Food Week. Jednym z nich jest podróż pociągiem z Sydney do Orange właśnie. Zaczyna się ona podaniem naleśników na dworu w Sydney, a potem jest już tylko lepiej. Cała wycieczka polega na degustowaniu regionalnych produktów i wykładach producentów żywności. Co prawda Australia jest daleko, ale jest jeszcze czas, żeby się zdecydować, bo F.O.O.D. Train wyrusza dopiero w 2013 roku.

Forage 2011
http://www.orangefoodweek.com.au/home.php

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

NARESZCIE MAJ!


http://weheartit.com/entry/11944547/via/iamkitty


Nie ma się co zastanawiać! Jak jest maj, to są szparagi i rabarbar i to jest najważniejsze! Na to czekam cały rok. Powoli pojawiają się też nieco mniej chemiczne truskawki i już niedługo będzie bób! Ale cudownie.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Szparag
Co jednak można tu napisać, oprócz samych zachwytów?

Może o tym, że z rabarbaru można zrobić nie tylko placek i kompot. Warto sięgnąć po cudowny przepis Nigelli Lawson na galaretkę z rabarbaru i wina, spróbować zrobić tradycyjny angielski deser – rabarbarowy fool, który pojawiał się już w książkach kucharskich z XVI wieku, czy pójść za sugestią Sophie Dahl i zamiast truskawek, czy mailn dodać do deseru Eaton mess (rozgniecione bezy z bitą śmietaną i owocami) gotowany rabarbar.
Szparagi zaś to nie tylko zupa szparagowa i gotowane szparagi podawane do obiadu. Mnie na przykład zachwyca sposób w jaki podaje je moje koleżanka. Gotowane zielone szparagi owinięte wędzonym boczkiem.

Na razie to tyle jeśli chodzi o zbliżający się sezon letni. Nie ma co pisać, trzeba jechać na targ.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

NIE ŚNIŁO SIĘ O TYM WASZYM FILOZOFOM...


źródło obu zdjęć: http://www.goldenline.pl/forum/2059976/kuchnia-molekularna  

 Wiedza tajemna i snujący się po pomieszczeniu  biały dym - to nie laboratorium alchemika, ani też nie gabinet Fausta, ale kuchnia molekularna. Nie wykorzystuje magii, a wiedzę z dziedziny fizyki i chemii. Zaskakujące zestawy produktów,  jeszcze bardziej zaskakujące ich kształty i atmosfera niewiadomej towarzyszące podawaniu potraw.


Pionierem kuchni molekularnej był Benjamin Thomson ( w XVIII wieku!!!) , który przy gotowaniu współpracował z fizykami, dzisiaj zaś można doświadczyć tych cudów na własnym podniebieniu w najbardziej znanej restauracji molekularnej The Fat Duck prowadzonej przez legendarnego Hestona Bumenthala.  Jednak by nie szukać daleko – w samym Krakowie znajduje się restauracja Faux Pas, znajmująca się kuchnią molekularną. Na razie nie mogą przedstawić własnej recenzji, ale myślę, że samo istnienie takiego miejsca w Krakwie jest warte uwagi i cieszy mnie, że mapa kulinarna tego dość konserwatywnego miasta powoli otwiera się na nowości.

Wróćmy jednak do kuchni molekularnej – by przybliżyć, czym ona jest warto podać nazwy kilku dań:
 z menu krakowskiej restauracji: interaktywny bigos z grzybów, czy sferyczne espresso
z The Fat Duck: lody musztardowe, biszkopty krabowe, szparagi z waniliowym majonezem i ikrą złotego pstrąga.
Dziwne, ale modne. Tym razem le freak – c’est chic!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

PODRÓŻE KULINARNE


tapas bar w Barcelonie

Podróże są najfajniejsze, jeśli są pretekstem do jedzenia. Próbowania nowych regionalnych potraw, kupowania legandarncyh produktów w miejscu ich powstawania i przesiadywania w małych lokalnych kawiarniach i restauracjach.
kawiarnia w Sintrze
 Z Włoch wracam z hurtowymi ilościami pecorino i delikatnie opakowanym octem z Modeny w walizce i jedną tylko (co za szkoda!) butelką vino Santo. Z Półwyspu Iberyjskiego wracam tanimi liniami z walizką, która może ważyć jedynie 15 kilo, więc wiozę jedynie wspomnienia z tapas barów, pięknych sklepów z czekoladą w Barcelonie, cudownej legendarnej kawiarni w Belem i  urokliwej restauracji w Sintrze. Ze Sztokholmu udało mi się przywieźć jedynie kilka czekolad Marabou, ale tradycją bożonarodzeniową jest już to, że dostaję do koleżanki pierniczki Spekulatius. Jej babcia mieszka bowiem w małym miasteczku w pobliżu Goeteborga, gdzie powietrze zawsze pachnie czekoladą i truskawkami, albo cynamonem, bo znajduje się tam fabryka ciasteczek! Z Niemiec zazwyczaj nie da się przywieźć nic lepszego niż świetnej jakości czekolady i kawy kupowane w supermarkecie, ale ja mam rodzinę w rejonie Mozeli, więc wracam z zapasem rieslinga. Jeśli zaś chodzi o Wielką Brytanię, to udaje mi się korzystać z tego, że chłopak mojej współlokatorki studiuje w Szkocji. Dzięki jego wizytom możemy zajadać się naleśnikami z golden syrupem i dodawać do guacamole cudowne przyprawy z Sailsbury’s.
fragment krajobrazu nad Mozelą, ledwno widać winnice, ale one tam są...

Jednak wakacje są tylko raz w roku, a odwiedziny znajomych też nie zawsze oznaczają zagraniczne prezenty. Dlatego trzeba próbować oragzanizować sobie podróże w mniejszym zakresie. Jeśli mieszka się w Krakowie najlepiej wybrać się do LaPetite France, gdzie można kupić mnóstwo oryginalnych francuskich produktów (sery, sery, sery!!!!!) i zjeść pyszny creme brule albo quiche lorraine. Dobrym miejscem na wycieczkę jest też Coca Typical Sicilian Food na Kazimierzu. Malutki lokal ze świetnym, porstym i niedrogim jedzeniem.
podobnie jak w Chianti- na zdjęciach nie widać, ale jak wiadomo winnic jest tam w bród...
Polecam gorąco takie małe wycieczki, a tym którzy mieszkają w innych miastach radzę poszukać podobnych miejsc. Jeśli natrafimy na coś podobnego we Wrocławiu, Warszawie albo Katowicach na pewno o tym napiszemy!!!

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

LAPIN


źródło, http://www.re-foundobjects.com/product/view/47?cat=28 
Zazwyczaj nie mam problemu z jedzeniem mięsa. Brak mi skrupułów. Kiedy jem dziczyznę nie zastanawiam się „who killed Bambi”, a przy konsumowaniu pasztetu z kaczki nie rozwodzę się nad losem Kaczki Dziwaczki. Jednak nie lubię jeść królika. Być może czuję się trochę jak bohater filmu Dwa Dni w Paryżu, któremu francuscy rodzice jego dziewczyny podali na lunch właśnie królika. Problemem było jednak to, że dla niego królik to nie jedzenie, a przyjaciel z dzieciństwa. Przede wszystkim jednak mięso z królika po prostu mi nie smakuje! Dlatego dzisiaj będzie o innego rodzaju króliczkach…

Nie ma się co zastanawiać nad tym, jak wykwintna jest potrawka z królika. Idą święta – jest się czym cieszyć, więc po długim okresie postu cieszmy się! Oto co możemy zjeść:

Króliczki karmelowe z Marks&Spencers, http://www.foodstufffinds.co.uk/2011/04/caramel-chocolate-double-crunch-bunny.html  
dodatkowo pojedyńczy królik czekoladowy również  z Marks&Spencers,  http://www.easter-eggs.org.uk/marks-spencer-bubbly-bunny/  
klasyczny króliczek od Lindta, http://www.lindt.com/pl/swf/pol/produkty/oferta-sezonowa/wielkanoc/wielkanocne-dekoracje/ 


królik od Milki

może nie królik, ale równie wielkanocne jejeczka, też od Milki, http://universecityblog.wordpress.com/2011/04/25/hunting-for-easter-eggs-in-brussels/ 
i jeszcze jedne, tym razem Cudbury, http://favim.com/image/209865/ 

poniedziałek, 26 marca 2012

OZNAKI WIOSNY

źródło: Wikipedia

Wiosenne jedzenie. Od razu przychodzą na myśl rzodkiewki ze świeżym twarożkiem, szczypiorek, pierwsze (dość obrzydliwe) truskawki w supermarketach i powolne oczekiwanie na letnią obfitość owoców i warzyw.

Ale wiosenny powrót Persefony z Hadesu zwiastuje również pojawienie się pierwszych kwiatów na trawnikach i rabatkach. Najpierw nieśmiałe krokusy i przebiśniegi, potem hiacynty, żonkile, narcyzy, tulipany, aż wreszcie fiołki (których jednak Persefona nie lubi, bo są poświęcone Afrodycie…).

Więc zamiast o nowalijkach myślę o wiosennych kwiatach, jako o zwiastunach wiosny w kuchni. Fiołki, na które jeszcze będziemy musieli chwilę poczekać świetnie nadają się do deserów. Moja prababcia kandyzowanymi fiołkami ozdabiała torty, zaś w elżbietańskiej Anglii popularne były fiołkowe karmelki. Jeśli ktoś uważa, że poszukiwanie tych drobnych kwiatów na łąkach, trawnikach i w lasach jest dla niego nieosiągalnym luksusem, z powodu braku czasu, choroby kręgosłupa, bądź też nieumiejętności odróżnienia fiołka od żonkila, to może sięgnąć po herbatę z fiołkiem i różą, wypuszczoną przez Liptona, lub kupić w centum ogrodniczym doniczkę bratków. Bratki są właściwie odmianą fiołków. Można je jeść w sałatkach, albo ozdobić nimi ciasto. Tu można znaleźć przepis na sałatkę z bratków, a tu na bezę Pawłowej przybraną bratkami.

Z wiosną jednak najbardziej kojarzą się pierwiosnki. Znane również jako prymulki. W Polsce być może nie należą one do znanych kwiatów jadalnych, lecz Anglicz i Rosjanie sporządzają z nich wyśmienite sałatki. Tu przeczytałam przepis na jej wersję inspirowaną kuchnią azjatycką. 


niedziela, 18 marca 2012

MARTWA NATURA Z COCA-COLĄ

źródło:http://thinkingouttabox.wordpress.com/2009/11/08/vintage-coca-cola-pepsi-ads/



Oczywiście kuchnia amerykańska to nie tylko Coca-Cola, hamburgery i frytki. Prawdą jest jednak, że wielu amerykanów źle się odżywia, głównie w fast-foodach i z tego powodu kraj ten boryka się z tak wielkim problemem otyłości. Z drugiej jednak strony to właśnie w USA panuje chyba najsilniej kult pięknego ciała i związanych z jego utrzymaniem diet. Dlatego wygląd tak silnie wiąże się z pozycją klasową. Mało kiedy osoba ze znaczną nadwagą ma szansę na zrobienie dużej kariery.

Nie wszystkie amerykańskie dania są jednak równie niesmaczne i ciężkostrawne, co koszmarna komedia American Pie. W rejonach nadmorskich jada się dużo owoców morza, jak mieli w zwyczaju jeszcze Indianie. Niektóre z ich tradycji kulinarnych mają swoje odzwierciedlenie w dzisiejszej kuchni Ameryki. Nie są to na pewno lubiane przez nich pieczone wiewiórki, foki, morsy czy świstaki, ale na przykład danie zwane sacotage – czyli rodzaj eintopfu z kukurydzą i fasolą. Kolejną sztandarową potrawą jest pieczony indyk - danie również wywodzące się z czasów, kiedy indyki były dzikimi ptakami, na które polowano.

bohaterowie Annie Hall przygotowują homary.
 źródło ilustracji:http://www.thekitchn.com/annie-theres-a-11215


Słynne są amerykańskie desery takie jak: apple pie (pojawiające się w tytule wspomnianego beznadziejnego filmu, czy też podniosłej piosenki Madonny z 2000 roku), fudge (rodzaj karmelowych czekoladek), czy cookies (ich największego amatora - Cookie Monstera chyba nikomu nie trzeba przedstawiać). -Tu można znaleźć przepis na ciasteczka.-


źródło: http://muppet.wikia.com/wiki/Cookie_Monster
Choć Cola kojarzy się z tą gorszą odsłoną kuchni USA, to można z jej pomocą przygotować na przykład świetnego pieczonego kurczaka w Coca-Coli (z chrupiącą skórką!). Poza tym napój ten jest tak absolutnie kultowy, że nie przeszkadza mi w ogóle, że jest tak koszmarnie niezdrowy. Piję go rzadko, ale ze świadomością, że nie pojawienie się Coli w sztuce Warhola jest równoznaczne z przedstawianiem przez XVII-wiecznych flamandzkich malarzy pięknych bochnów chleba na płótnach z martwą naturą. Po prostu – produkt podstawowy.


wtorek, 6 marca 2012

AB OVO



źródło ilustracji: Wikipedia




Prawdopodobnie przysłowie to wzięło się od zwyczaju podawania jajek jako swego rodzaju przystawki na ucztach w starożytnym Rzymie. Kojarzy się jednak z czymś dużo szerszym. Z początkiem czegoś nowego, ze startem, z czystą kartą. Jajko jako symbol nowego życia, jako podstawa mitu kosmogonicznego jest powszechnie znanym znakiem kulturowym. Prawdziwy jajkowy szał zacznie się oczywiście dopiero w okolicach Wielkanocy. Do tego czasu  pozostaje mi każdy dzień zaczynać od carte blanche w postaci białego talerza, na który nakładam gorącą jajecznicę.
W ramach tego „nowego startu” będziemy się starać co tydzień pisać w Tygodniku coś nowego o kuchni i gotowaniu.

Dziś o jajkach. Ja najchętniej jadłabym tylko wiejskie jajka kupione na targu (zwane przez moją mamę „jajami od bab”). Jednak mieszkając w kosmicznej odległości 16 przystanków tramwajowych od Kleparza, na co dzień kupuję w sklepach jajka od kur z wolnego wybiegu. Wydaje mi się to ogromnie ważne i czuję się dzięki temu wojującym ekologiem! Z tych jaj robię włoską frittatę, hiszpańską tortillę, francuskie naleśniki i polskie racuchy, ale przede wszystkim wspomnianą wyżej jajecznicę (sekretem jest powolne smażenie na bardzo małym ogniu) i jajka na miękko, których idealne ugotowanie (tak, żeby były mollet), moim zdaniem graniczy z cudem.

Nie jestem w tym zakresie specjalnie oryginalna, szczególnie jeśli pomyśli się o tym, co z jajek robią tacy na przykład Chińczycy, albo Wietnamczycy i Filipińczycy. Ci pierwsi, jak powszechnie wiadomo delektują się zakonserwowanymi jajkami na twardo, które leżakują nawet do stu lat i podawane są potem z sosem sojowym i imbirem. Drudzy oddają się znacznie jeszcze bardziej wyrafinowanej przyjemności jedzenia tzw. balutu. Jest to jajko (najczęściej kacze) z w pełni ukształtowanym zarodkiem w środku, który to zarodek także się zjada.

Jajka są nie tylko ciekawostką dalekowschodnią i przedmiotem sporu między orędownikami stanowiska, że pierwsza była kura i och oponentami, stojącymi na stanowisku pierwszeństwa jajka.  Są także bardzo zdrowe! Zawierają wapń, fosfor i dużo witamin, których wymienianie mija się z celem, bo sama nie wiem, na co mają działać.
Można śmiało powiedzieć, że  „kto ma jaja, ten rządzi”,  no i może jeszcze dodatkowo zrobić biszkopt!