Być może tylko czasem wydaje mi się,
że mieszkam w okolicy "Blue Ridge Mountains, over near Tennessee" i
słuchając Fleet Foxes marzę o powrocie do domu. Ale to może i dobrze, że nie
mam szans, aby "missed my connecting
flight" i zaginąć gdzieś na lotnisku. Mimo tego wszytskiego i tak ta piosenka
jest jedną z lepszych "powrotowych" piosenek na świecie.
Band of Horses tez mam nam coś do powiedzenia w sprawie
powrotów i tymczasowych trudności w znajdowaniu drogi do domu. Chyba każdemu
zdarzyło się kiedyś zboczyć z drogi i troszkę zabłądzić...
Trochę amerykańskiego, rockowego
klimatu z lekko kiczowatym teledyskiem "drogi" daje nam
zespół Emmerson Drive - You're Like Coming Home. Typowa Ameryka!
A na zakończenie, jak zawsze melancholijny, ale w
doskonałej formie - Paul McCartney. Zawsze wzrusza! I jeszcze to wideo z
Beatlesami!
Kiedy w 1980 roku Mark David Chapman wystrzelił w
kierunku wchodzącego do domu na Upper West Side Johna Lennona pięć kul
właściwie dla wielu ludzi na świecie wszystko się skończyło. Jedyne co
przetrwało to muzyka.
rollingstone.com
W dzień swojej śmierci Lennon podpisywał egzemplarze niedawno wydanej wraz
z Yoko Ono płyty "Double Fantasy". Jeden z podpisanych
egzemplarzy trafił w ręce Chapmana, przyszłego zabójcy Johna. Płyta ta
jest ostatnim wydawnictwem Lennona przed tragiczną śmiercią. stanowi
rodzaj dialogu z Yoko - piosenki na płycie są autorstwa ich obojga
i przeplatają się niczym w prawdziwej rozmowie. Podczas sesji
nagraniowej do tej płyty powstało na tyle materiału, że w roku 1984 Yoko Ono
wydała kolejną płytę Johna - Milk and Honey - bazującą na tym samym pomyśle, co
"Double...".
Mlekiem i miodem płynąca kraina to biblijny symbol dostatku i
szczęśliwości. Już pierwsza płyta, ta wydana w roku śmierci Johna, zaskoczyła
recenzentów pogodnym tonem i pełnymi nadziei tekstami. Album, wydany po
kilkuletniej przerwie związanej z pogarszającymi się stosunkami w rodzinie i
uzależnieniem Johna, stanowił wyraz chęci i potrzeby do powrotu na łono
rodziny, do tradycyjnych wartości i przede wszystkim miłości. John pragnął
odbudować relacje z synami Seanem i Julianem oraz zacząć drugie życie już z
rodziną ("just like starting over"). "Milk and Honey"
nagrane w podobnym tonie, stanowią łagodne zwieńczenie procesu, który być może
zakończyłby się powodzeniem, gdyby nie te cztery kule Chapmana, które
dosięgnęły Johna.
Od
stereotypów nie uciekniesz. Czy wam też na myśl o włoskiej muzyce przychodzi na
myśl tylko letni, disco-polowy przebój „Italiano vero”? Czy widzicie tłumy nażelowanych
Włochów, którzy rytmicznie poruszają się do swoich włoskich, disco-polowych
rytmów? Prawda jest taka, ze chyba każdy z nas ma takie złe doświadczenia z
włoską muzyką, tzw. rozrywkową. Każdy zna te dźwięki, które sączą się z małych,
obskurnych knajpek czy szykownych lodziarni na ulicach włoskich i polskich
miasteczek turystycznych. I jak tu pisać o włoskiej muzyce?!
Ale
przecież włoska muzyka to nie tylko „Italiano vero”! Nie zapominajmy o całej
tradycji operowej i całym tłumie doskonałych włoskich kompozytorów muzyki
klasycznej. Wspomnijmy chociażby o znakomitych kompozytorach muzyki filmowej,
jak Ennio Morricone, czy Riz Ortolani. Włochy to także ojczyzna Luigiego Nono –
kompozytora awangardysty, ucznia Bouleza i Stockhausen. Gdy uświadomimy sobie
wkład Włochów w światową muzykę poważną, łatwiej nam znieść takie fanaberie jak
zbiorowe fascynacje Miną (włoska artystka pop, prawdziwe guru wśród wokalistek
włoskich), czy niebywała kariera Drupiego (głównie w Polsce).
puellanova.pl
Niezwykle
ciekawa jest we Włoszech kariera festiwalu piosenki włoskiej w Sanremo. Festiwal
odbywa się od 1951 roku, jest wcześniejszy niż Eurowizja. Ba! To właśnie na nim
się Eurowizja wzorowała! W Sanremo debiutowali chyba wszyscy najważniejsi
piosenkarze włoscy. Pamiętacie „Volare”? Oczywiście Sanremo. Rok 1958.
Wykonanie Domenico Modungo. Na Festiwalu w Sanremo śpiewała Mina, śpiewała
Milva, debiutowała Laura Pausini. To tradycja zdecydowanie silniejsza i
trwalsza, nawet dziś, niż nasze polskie Opole czy Sopot. Ogłoszenie wyników
konkursu z roku 2010 oglądało ponad 15 milionów Włochów, co stanowi prawie 80%
widowni telewizyjnej.
Wniosek
jest chyba taki, że włoska muzyka rządzi się swoimi bardzo odrębnymi prawami. Z
jednej strony mamy poważnych muzyków klasycznych i śpiewaków tak wspaniałych
jak Cecilia Bartoli, którzy zdobywają uznanie na całym świecie, a z drugiej
strony muzykę, która zdobywa uznanie i aplauz tylko we Włoszech – tą rodem z
Sanremo, przy której prawdziwy italiano vero, Włoch z żelem wtartym we włosy bawi się najlepiej.
Katowicki
stary dworzec kolejowy ma chyba szansę na nowe życie. Dwudniowy festiwal
muzyczny, którego nazwa - Stary Dworzec Katovvice – jest już związana z samą
przestrzenią, może przyczynić się do tych zmian.
Dotychczas
jedyną porywającą „imprezą”, jak czasem odbywała się w budynku starego dworca
była giełda komputerowa. 18 i 19 maja wszystko ma się zmienić. Na festiwalu
Stary Dworzec Katovvice wystąpić ma kilkunastu artystów grających różne odmiany
muzyki elektronicznej. Line-up jest niezwykle interesujący! Główną gwiazdą ma
być Cristian Vogel, innowator muzyki elektronicznej, który w dorobku ma
współpracę z takimi artystami, jak Jamie Lidell czy Radiohead. Prócz niego w
Katowicach posłuchamy m.in. Chino, czyli katowickiego eksperymentatora Artura
Olesia, i undergroundowego techno w wykonaniu berlińskiego producenta
ukrywającego się pod pseudonimem Objekt. Koncertom będą towarzyszyć pokazy 3D mappingu.
To wszystko w przestrzeni starego dworca, wymarzonego miejsca na takie imprezy!
Miejmy
tylko nadzieję, że inicjatywa wypali i zainspiruje kolejne działania. A
katowicki Stary Dworzec nie będzie już przeznaczony do rozbiórki, tylko
wykorzystany w jakiś kreatywny sposób. Organizatorzy nie wykluczają, że w
Starym Dworcu powstanie regularny klub muzyczny – taki jak rave’y w Berlinie
czy Londynie. Trzymam kciuki!
Dziś zupełnie nietypowo w dziale muzyka będzie bardziej o filmie! Pamiętacie jeszcze młodego Zbyszka Zamachowskiego, który grał w dobrych, polskich produkcjach zamiast wdawać się w głupie tabloidowe przepychanki? Ja pamiętam bardzo dobrze za sprawą filmu "Wielka majówka" w reżyserii
Krzysztofa Rogulskiego.
Wspomnieniu o tym filmie towarzyszyła naprawdę długa droga dedukcji. Przypomniałam sobie zeszłoroczny weekend majowy i śnieg, który ku zdziwieniu wszystkich sypał za oknem. Słuchałam wtedy Maanamu i ich piosenki "Wyjątkowo zimny maj". Cóż, nie da się zaprzeczyć, że maj był wtedy wyjątkowo zimny.
Rok później znów przypomina mi się Maanam w majówkowym kontekście - za sprawą "Wielkiej majówki". Filmowy debiut Zamachowskiego to opowieść o 16-letnim Ryśku, który ucieka z domu dziecka, przez zupełny przypadek staje się właścicielem miliona złotych i wraz z poznanym na Dworcu Centralnym Julkiem, zaczynają spełniać marzenia z dzieciństwa. W ciągu zaledwie kilku dni tracą wszystkie pieniądze, ale zyskują to co w życiu najważniejsze - przyjaźń.
Ścieżka dźwiękowa "Wielkiej majówki" to dzieło Marka Jackowskiego. Oczywiście w wykonaniu Kory i Maanamu. To z tego filmu znamy ich piosenki takie jak Ta noc do innych jest niepodobna, Stoję, czuję się świetnie, Oddech szczura. Znakomicie oddają klimat Warszawy z początku lat 80. i wraz z naprawdę dobrym aktorstwem tworzą świetny, majowy film.
Australijska grupa The Avalanches, twórcy tanecznej elektroniki, w 2000 roku wydała płytę Since I Left You, zaskarbiając sobie uznanie krytyki i serca wielu fanów. Muzyczny debiut zespołu to jedna z ciekawszych płyt lat 2000. Drugim singlem z tej płyty jest piosenka Frontier Psychiatrist - najbardziej dziwaczna kompozycja sampli jaką znam. No i ten teledysk!
Nie będę próbowała wgłębiać się w znaczenie słów tej piosenki, nie będę szukała znaczeń poszczególnych fragmentów klipu, nie pokuszę się chyba nawet na próbę odnalezienia znanych oryginałów sampli, które wchodzą w jej skład. W ogóle trudno skupić się tu na muzyce, skoro mamy do czynienia z tak genialnym teledyskiem! Pitchfork umieścił go na 19 miejscu w swoim rankingu "Top 50 Music Videos of the 2000s", a w moim subiektywnym przeglądzie znalazłby się chyba nawet wyżej. Nie będę się jednak sprzeczała ze zdaniem Pitchforka, że jest to jedna z najzabawniejszych piosenek ostatnich lat!Konwencja tego wideo powstała w wyniku inspiracji znanym kanadyjskim duetem komediowym. Panowie nazywali się Wayne i Shuster. Na płycie The Avalanches słychać bardzo wyraźnie w tle głos Franka Shustera. A prócz niego słychać np. Madonnę oraz rżenie konia. Koń zresztą pojawia się także w teledysku! Co zresztą się tam nie pojawia - zobaczcie sami!
W wieku 15 lat stworzył pod nazwą Realpeople elektroniczne nagranie lo-fi pt. The Joys of Losing Weight. W wieku 16 lat nagrał kompletną płytę w stylu doo-wop. W wieku 16 lat porzucił szkołę, aby wyruszyć w podróż po Europie, gdzie odkrył muzykę bałkańską i pokochał Gorana Bregovića.
Zach Condon, genialny nastolatek z Santa Fe i jego muzyczna podróż po Europie Wschodniej. Trwała długo, nie wiadomo właściwie jak długo i kiedy znalazł się w Nowym Meksyku, gdzie zaszył się w małym studiu, by zacząć nagrywać. W roku 2006 świat zakochał się w pierwszym wydawnictwie grupy Beirut - Gulag Orkestar i Lon Gisland, które są także dostępne w rozszerzonej wersji Gulag Orkestar LP wydanej przez 4AD.
Spójrzcie tylko na tracklistę tej płyty, a zrozumiecie, jak niesamowitą podróż odbył Zach i jak wiele inspiracji zawładnęło jego muzyczną wyobraźnią:
The Gulag Orkestar
Prenzlauerberg
Brandenburg
Postcards from [Italy]
Mount Wroclai (Idle Days)
Rhineland (Heartland)
Scenic World
Bratislava
The Bunker
The Canals of Our City
After the Curtain
Brandenburg, Wrocław, Bratysława... można próbować prześledzić trasę tej niezwykłej podróży, ale i tak najlepiej zagłębić się w niezwykłych, etnicznych dźwiękach, które zgromadził na płycie.
Trzecia płyta zespołu Talk Talk z 1986 roku. Satysfakcjonująca dla tych, którzy pozostaną na płytkim, intuicyjnym odbiorze oraz dla tych, którym zamarzy się muzykologiczna refleksja.
źródło: wikipedia
To znakomite dzieło
Marka Hollisa i jego zespołu jest idealnym zwiastunem wiosny. Począwszy od
kawałka „Happines is easy”, gdzie słychać jeszcze (oczywiście metaforycznie!)
trzaskający na rzece lód, po pełne słońca i nadziei „Life’s What You Make
It”, które stało się radiowym hitem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych
utworów Talk Talk. Nie sposób nie zauważyć klasycznych inspiracji Hollisa.
Gdzieniegdzie na płycie przebija się zachwyt nad muzyczną poezją Bartóka,
czy Debussy’ego, nad całą płytą unosi się duch jazzu lat 50. The Colour of
Spring można uznać za minimalistyczne credo Talk Talk, które rozwijać się
będzie na kolejnych albumach.
Dla wielu fanów to
jeden z najlepszych post-rockowych albumów wszechczasów, prawdziwy zwiastun nie
tylko wiosny, ale i rewolucji na rockowej scenie.
Szerokie
plaże w Venice, szybkie samochody, alkohol i noce spędzane w barze Whisky a Go
Go. Kalifornia początku lat 70. W atmosferze tamtych dni zrodził się jeden z
najważniejszych albumów w historii rocka – ostatnia płyta The Doors L.A. Woman.
www.amazon.com
Już
jakiś czas temu na rynku pojawił się rocznicowy remaster płyty. Wydawnictwo
składa się z dwóch części: pierwsza to oryginalna wersja płyty sprzed
czterdziestu lat, natomiast na drugim CD pojawiają się alternatywne wersje
utworów, nagrane podczas prób oraz kawałki, które nie weszły na album z 1970
roku. Ta płyta to zachwycająca opowieść o amerykańskiej kulturze i mitycznej
amerykańskiej muzyce.
Truizmem
będzie stwierdzenie, że każdy fan zespołu powinien mieć tą płytę w swojej
kolekcji. I nie chodzi to nawet o te dwa, nigdy niepublikowane utwory „She
smells so nice” i „Rock me” (z dość oczywistych powodów nie były przecież umieszczone
na płycie w roku 1970). Ciekawsze jest przesłuchanie albumu z workshop session
w kontekście odkrywania, jakie zmiany w pracy muzyków zaważyły na efekcie
końcowym płyty (por. między innymi początkowe dźwięki w utworze Riders On The Storm).
Ci,
którzy interesowali się historią zespołu wiedzą, że współpraca z Jimem
Morrisonem nie należała do najłatwiejszych. Wciąż pogłębiające się problemy wokalisty
z alkoholem i nieumiejętność porozumienia z resztą muzyków spowodowały, że
przed rozpoczęciem prób do L.A. Women
zespół opuścił jego producent Paul Rothchild. Doorsi byli więc skazani na pracę
na własną rękę – album wyprodukowali samodzielnie przy pomocy dźwiękowca
Bruce’a Botnicka. Dla Jima i jego zespołu płyta okazała się wielkim sukcesem,
ale i zarazem pożegnaniem. W niecały rok po jej wydaniu Morrison zmarł
tragicznie w Paryżu.
Fascynującą
opowieść o życiu Jima Morrisona stworzył w swojej książce Stephen Davis. Tytuł Jim Morrison. Życie, śmierć, legenda nie brzmi być może przekonująco (raczej jak trącący plotkami wymysł na
temat wielkiej gwiazdy) to trzeba przyznać Davis’owi, że zgromadził
niebywały materiał źródłowy i w tej chwili nie ma na rynku konkurencyjnej
biografii - zarówno samego Morrisona, jak i całego zespołu The Doors. Poza tym ta książka to opowieść o tym, za co tak naprawdę kochamy Amerykę: pęd życia, motocyklistów w skórzanych kurtkach i papierosowy dym. No i głos Jima Morrisona.
W
muzyce łatwo o patos. Nie trzeba się tu nawet odwoływać do Wagnera czy Vangelisa, żeby
stwierdzić, że w muzyce, nawet tej współczesnej, patosu jest wiele, a też nic
tak dobrze, jak muzyka patosu nie generuje. Jaskrawym przykładem będzie poezja
śpiewana, ale i rockowe hymny zespołu Queen, czy epickie pasaże Iron Maiden nie
są wolne od patetyzmu.
Z
niczym innym, jak tylko z patosem kojarzy się temat POCZĄTKU. Nic tak dobrze
jak muzyka nie podkreśla emocji towarzyszących rozpoczęciu Olimpiady, otwarciu
oscarowej gali, czy początkowi Nowego
Roku. Ten przysłowiowy „new beginning” idealnie sprawdza się także jako
muzyczne tło przełomowych wydarzeń w życiu pojedynczego człowieka. Hasło
wystarczy wpisać w wyszukiwarkę, a setki stron z przydatnymi poradami typu:
„The Soundtrack to Your Resolutions: 20 Songs for Fresh Starts” albo „Top Five
Songs for New Beginnings”, uczynią nasze nowe życie lepszym i bardziej
wartościowym.
Jakie
piosenki znalazłyby się na idealnej playliście? W Nowy Rok sprawdziłby się Bob
Dylan z nieśmiertelnym „New Morning”. Równie dobrze w ten klimat wpasowuje się
John Lennon ze swoim „Just Like Starting Over”. Dla zdruzgotanych po rozstaniu,
ratunkiem będzie z pewnością „I Will Survive” Glorii Gaynor (patos+siła), a dla
tych, którzy lubią doznawać przy uroczych piosenkach pełnych nadziei – „FirstDay of My Life” Bright Eyes z ich płyty I'm
Wide Awake, It's Morning. Dla napawających się smutkiem idealna piosenka o
czasowo-przestrzennym niezrozumieniu: „Where I End and You Begin” Radiohead.
Dla walczących na różnorakich barykadach tylko Tracy Chapman z albumu New beginning.
A
jakby tak potraktować temat początku bez patosu, bez górnolotnej frazy i
niekończących się, wznoszących tematów? Pozostaje z przymrużeniem oka i nutką
ironii zakrzyknąć: „I’m begininng to see the light!” i wrzucić do odtwarzacza
piosenkę Velvet Underground o tym samym tytule. Konstruktywne, pełne radości i
energii dźwięki pozbawione patyny – nic lepiej nie zachęca do działania. Cały
album The Velvet Underground jest zresztą godny dłuższej uwagi. Trzeci krążek
zespołu, bez Johna Cale’a w składzie, pierwszy nagrany dla MGM Records. Z nową
siłą i nowym pomysłem na muzykę. Nowy, dobry POCZĄTEK zespołu, który na trwałe
wpisał się w historię muzyki.